Jakiś czas temu, wspominając że stawianie zarzutów dilerom narkotykowym nie jest tak prostą sprawa, jak mogłoby się wydawać, obiecałem nieco bardziej przybliżyć kwestię walki z dilerami narkotyków.
Polityka narkotykowa to temat rzeka, do którego jeszcze nie raz będe wracał. Niemniej, na początku muszę poczynić jedno ważne zastrzeżenie- nie zajmowałem się tym tematem na co dzień.
O ile często miałem kontakt z osobami uzależnionymi- w końcu rozboje, czy pobicia, którymi się zajmowałem, rzadko popełniano na trzeźwo- to z drugą stroną tej układanki kontakt miałem raczej epizodyczny.
Jak wspominałem, zarówno w dochodzeniówce, jak i w kryminalnym funkcjonowały wydzielone komórki, zajmujące się przestępczością narkotykową.
O ile w WDŚ, funkcjonariusze zajmowali się przede wszystkim obrobieniem “posiadaczy” zwożonych hurtowo przez patrolówkę 1 , o tyle operacyjni zajmowali się próbami zwalczania handlarzy. I tu zaczyna się nasza opowieść.
Jeśli znacie trochę Pragę Północ, wiecie że do niedawna, centrum handlu narkotykami były dwie bramy na ul. Brzeskiej. Konkretnie numery 9 i 11. Była to wiedza absolutnie powszechna, zarówno wśród potencjalnych klientów, mieszkańców, dziennikarzy i tropicieli sensacji w internecie.
Powstaje więc oczywiste pytanie- skoro każdy wiedział, to dlaczego Policja nic z tym nie robiła? Czyżby ktoś dostawał w łapę2? Czy jakimś cudem funkcjonariusze nie wiedzieli? A może po prostu się bali?
fot. zbiory własne autora
Nie, na przeszkodzie stało polskie prawo, które (w sumie słusznie) zakłada, że winę oskarżonego należy udowodnić bezspornie, a przynajmniej z dużym prawdopodobieństwem.
Oznacza to, że każdej osobie, której chcemy postawić zarzuty, musimy udowodnić, że brała udział w procederze handlu narkotykami. A to nie jest takie proste.
Bo wiecie, to nie wygląda tak, jak to przedstawiali w szkołach, albo możecie zobaczyć np. “Ślepnąc od świateł” - dzwonisz gdzieś, po czym przyjeżdża do ciebie typek, który w samochodzie ma podręczną aptekę, . To znaczy, czasem to tak wygląda, ale to raczej płotki, albo zaopatrzenie dla specjalnych klientów.
To, jak wygląda prawdziwy handel, na większą skalę, możecie zobaczyć choćby w nieocenionym “The Wire” 3.
I to właśnie jest pierwszy element problemu. Często, z punktu widzenia prawa, trudno udowodnić, że w danym miejscu ktokolwiek czymkolwiek handluje.
Klient wchodzi do bramy, rozmawia z jedną osobą, kasę daje drugiej, a towar podaje mu trzecia- często np. wyrzucając go przez okno.
Jeśli zatrzymać uczestników procederu, to jeden powie, że witał się z kolegą, drugi- że wziął kasę, bo myślał, że to zwrot długu dla kolegi, a trzeci- znalazł jakieś zawiniątko na klatce schodowej, więc wyrzucił je na podwórko. Gdzie tu jest jakikolwiek handel?
Czasem jednak handlarzom nie chce się bawić w takie środki ostrożności. Ale i nawet wtedy, klient ma kontakt z jednym człowiekiem, któremu płaci, i od którego odbiera towar. Ten z kolei, nie trzyma przy sobie ani towaru, ani pieniędzy - niemal od razu przekazuje je ludziom siedzącym w klatce schodowej.
Nawet jeśli uda się takiemu łebkowi postawić zarzut (bo w końcu do handlu dochodzi tu bezsprzecznie), w ciągu kwadransa od odjazdu Policji, zostanie zastąpiony kolejnym. A ludzie, którzy zarządzają tym biznesem pozostaną nietknięci.
No ale, można powiedzieć, przynajmniej zgarnie się trochę towaru- a to ich przecież zaboli. Może nawet spowoduje, że przez chwilę nie będą handlować.
O słodka naiwności. Owszem, na okolice Brzeskiej, koledzy robili w miarę regularne naloty- właśnie wtedy, gdy można było zabezpieczyć większe ilości towaru. I oczywiście, ładnie to wyglądało w komunikatach prasowych, ale wpływ na sam proceder był nikły.
Kiedyś kolega Łukasz wpadło na jedno z rzeczonych podwórek. Oczywiście, zanim jeszcze skręcił w Brzeską z Ząbkowskiej, został rozpoznany 4. Niemniej, energicznym krokiem udał się do jakiejś skrzynki gazowej, którą otworzył, ujawniając stosik zawiniątek z folii aluminiowej.
Innym razem łup był bardziej okazały. Operacyjni uzyskali informację o tym kiedy i gdzie będzie przechowywana dostawa towaru. Przeszukanie lokalu było strzałem w dziesiątkę.
O ile na miejsce jechali tylko swoją sekcją, to gdy zobaczyli ile towaru przyjdzie im zabezpieczyć, wydzwonili do pomocy wszystkich operacyjnych z rejonu- zatrzymane narkotyki miały taką wartość, że zorganizowaliśmy uzbrojony po zęby konwój, by je bezpiecznie przewieźć na komendę.
Dość powiedzieć, że dłuższą chwilę zastanawialiśmy się jak zważyć zatrzymane pakunki do protokołu- wagi, które mieliśmy dostępne, były super dokładne, ale skala kończyła im się w okolicach dwóch kilo, a to dużo za mało jak na potrzeby tamtego dnia.
W końcu pojechaliśmy kolejnym konwojem na pocztę, i tam, przy wadze do paczek, kończyliśmy oględziny. Byłem jednym z kilku “fizycznych” na tej robocie, a susz roślinny jaki nosiłem, miał rynkową wartość dwupokojowego mieszkania.
No to już musiało zaboleć, powiecie. Owszem, ale jaki był efekt? Handel zastopował na jeden dzień, po tygodniu wszystko hulało na nowo.
Natomiast postępowanie, które miało zakończyć się zarzutami posiadania, trwało około 12h - rano na komendę zgłosiła się, niekarana wcześniej, 17-latka, która zeznała że narkotyki znalazła w krzakach nad Wisłą, i z głupoty przyniosła je na swoją klatkę schodową.
Na papier podała, że nie ma pojęcia, do kogo towar należał, nikomu o nim nie mówiła, nikt inny w okolicy o nim nie wiedział. Zawnioskowała o dobrowolne poddanie się karze. I tyle.
Czy to oznacza, że Policja jest bezsilna? No nie. Po prostu, jeśli chce się ugryźć taką grupę przestępczą, trzeba czegoś więcej niż wpadnięcie z krzykiem na podwórko i skucie takich łebków.
Zamiast tego, konieczna jest długa i żmudna praca operacyjna5, poznawanie schematów, zwyczajów i organizacji takiej grupy.
O skali takiego zbioru informacji, niech świadczy taka historyjka. Do naszej komendy zgłosiło się dwóch mężczyzn, którzy przyjechali na Pragę z towarem, z niewielkiej firmy na południu Polski. Jako że było to pierwsze tak duże zamówienie, po zakończeniu transakcji, postanowili to uczcić.
Kiedy godzinę później, chybotliwym krokiem szli w kierunku hotelu, nawigacja w telefonie poprowadziła ich właśnie Brzeską.
Tam, któraś z czujek rzuciła pod ich adresem kąśliwy komentarz, czego pokrzywdzeni nie chcieli puścić mimo uszu. Po krótkiej wymianie zdań, z bramy wybiegło jeszcze trzech kolegów, i dotkliwie pobili naszych biznesmenów.
Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że parzysta strona Brzeskiej była już zajęta nowymi blokami, a to oznaczało, że cała sytuacja, z pewnej odległości, ale jednak została uchwycona przez kamery monitoringu.
Po zabezpieczeniu nagrania, poleciałem do “narkusów”, poprosić o pomoc w dopasowaniu tych kilku zbitków pikseli, jakie miałem na filmie, do konkretnych nazwisk.
W kilka sekund po naciśnięciu “play”, usłyszałem “ten tak się kołysze, że to musi być Maciek, pseudo ‘Makak’. Ten co wybiega z bramy jest gruby i wolny - na niego wołają własnie ‘Gruby`. A ten co go pogania, to musi być ‘Rudy’ - oni zawsze się bujają razem”.6
Po chwili, praktycznie z pamięci dostałem daty urodzenia i adresy zamieszkania delikwentów. Pozostało tylko się odwdzięczyć, i przed wyznaczeniem daty zatrzymania, skonsultować ją z kolegami, którzy mogli chcieć skorzystać z okazji, i przy okazji przeszukać jedno, czy drugie mieszkanie.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć o jednym pytaniu. Dlaczego nie można po prostu utrudnić procederu- skierować na miejsce dodatkowych sił, samą swoją obecnością przegonią handlarzy?
Jak to często bywa, zalążek odpowiedzi ukrywa się w samym pytaniu. Skoro mają tych handlarzy przegonić, to pojawia się pytanie- gdzie.
Zapewne proceder pojawi się w najlepsze gdzie indziej. I tam również trzeba będzie skierować dodatkowe siły. I policja będzie się tak bawić w ganianego, a patrole, których nie ma za dużo7, będą musiały zniknąć z innych miejsc.
Więc, gdy dojdzie do pobicia, albo włamania, niechybnie pojawi się pytanie- dlaczego Policji tam nie było?
Dlatego właśnie, na pierwszy rzut oka, może wydawać się, że Policja nic z handlem narkotykami nie robi. Prawda jest jednak taka, że to “nic”, bardzo często oznacza wytężoną i żmudną pracę, która owoce przynosi dopiero po latach.
Celował w tym zwłaszcza Wydział Wywiadowczo-Patrolowy KSP. Jego funkcjonariusze są rozliczani głównie za zatrzymania przestępców na gorącym uczynku. Więc jeśli nie chcą dostać opierdolu, to mogą albo liczyć na to, że zauważą jak ktoś popełnia rozbój, czy włamanie (na co szanse są nikłe), albo zatrzymają kogoś z choćby śladowymi ilościami narkotyków (co jest proste i szybkie). To kolejny przykład, kiedy na papierze jakaś polityka wygląda znakomicie, a w życiu wychodzi trochę gorzej- ale o tym innym razem. ↩
Od razu przepraszam kolegów z referatu narkotykowego za takie insynuacje. ↩
Który to serial bardzo gorąco polecam. Jakiś czas temu poleciłem go partnerce, i z radością, na nowo obejrzałem wszystkie 5 sezonów, stwierdzając, że nadal wiele sytuacji da się przełożyć jeden do jednego, na problemy polskiej Policji. ↩
Musicie bowiem wiedzieć dwie rzeczy- po pierwsze, policjantów w kryminalnym jest kilkunastu, więc po paru latach pracy, stali bywalcy komendy, znają ich przynajmniej z twarzy, jeśli nie z nazwiska i stopnia. Po drugie- nieodzownym elementem handlu są “czujki”- dzieciaki stojące w bramach, kręcące się po okolicy, które zwracają uwagę na policjantów i nieoznakowane radiowozy. ↩
I znowu, skalę takiej pracy możecie zobaczyć w The Wire, gdzie zebranie materiału na Avona Barksdale’a, nawet mimo serialowych skrótów, nie chce trwać mniej niż cały sezon. ↩
Nie zgadniecie, ale imiona i ksywki zostały zmienione. ↩
Tu polecam drugi tekst z cyklu “Policyjne mity” ↩