O ranach bolejących i przyrządzaniu słoniny

Posted by Niedźwiedź on March 10, 2025 · 7 mins read

Poniższy wpis traktuje o uzależnieniach i chorobach psychicznych, tym jak powstają, jakie mają konsekwencje, jak się je leczy.

Czytając go, pamiętaj proszę, że piszę wyłącznie na podstawie doświadczeń swoich i swoich znajomych z terapii.

Nie jestem lekarzem, psychologiem ani terapeutą. Moje przemyślenia mają wartość czysto anegdotyczną, i niekoniecznie muszą być prawdziwe w Twoim przypadku.

Jeśli szukasz pomocy dla siebie, albo bliskich, sprawdź tutaj

W weekend udało mi się otworzyć sezon wspinaczkowy. Wyskoczyliśmy ze znajomymi na jeden dzień do Podlesic, bez większych planów, byle tylko dotknąć skały po zimie.

Wyjazd był krótki, więc nie obfitował w jakieś znaczące zdobycze wspinaczkowe, za to kilka godzin spędzonych w samochodzie sprzyjało życiowym dyskusjom. m.in. o terapiach i tym co nam dają.

Gadaliśmy m.in. o tym, jak udział w terapii pozwala rozwiązywać nasze problemy. I przypomniała mi się taka sytuacja, z końcówki mojej drogi na Zgierskiej.

Był koniec stycznia. Byłem trzeźwy od ponad roku. Parę dni wcześniej minął również rok od kiedy przekroczyłem progi Ośrodka po raz pierwszy.

Tego dnia skierowałem się do niewielkiej sali na pierwszym piętrze, gdzie odbywała się ostatnia z grup terapeutycznych w programie odwyku. Celem tych spotkań było ugruntowanie trzeźwych nawyków, nauczenie się koncentrowania na zdrowym przeżywaniu emocji, budowania poczucia własnej wartości i akceptacji.

Akurat tego dnia kilka osób kończyło grupę, a co za tym idzie- cały program terapii. Dlatego też runda wstępna przerodziła się w nieco gorzkie podsumowanie.

Dlaczego gorzkie? Bowiem sporo osób, nieco przygnębionych, zauważało, że kończąc terapię, mają dużo więcej problemów, niż mieli w czynnym nałogu.

Przyznacie, że nie brzmi to jak dobra reklama odwyku. Dlatego też rozgorzała między nami dyskusja, a do samego spostrzeżenia wracaliśmy jeszcze na spotkaniach wielokrotnie.

I gdzieś tam po drodze udało nam się ukuć taką metaforę, która moim zdaniem dobrze oddaje ten mechanizm.

Wyobraźcie sobie, że macie paskudną ranę na nodze. Próbujecie ją opatrzyć, ale niewiele to daje- rana ciągle się babrze. Jednak udaje wam się nałożyć na nią tyle opatrunków i płynu dezynfekcyjnego, że nic na zewnątrz nie wycieka i nie śmierdzi.

Dlatego możecie normalnie funkcjonować. Na spodniach nie widać plamy, możecie normalnie iść do pracy, albo na spotkanie ze znajomymi.

Co prawda trochę kulejecie, o sporcie możecie zapomnieć, podbiegnięcie do autobusu też staje się problematyczne. Ale w końcu da się z tym żyć- można sobie wytłumaczyć, że maratony to nie dla nas, chyba że dotyczą seriali, a gdy ktoś nam robi wymówki, że znowu spóźniliśmy się do pracy- uznajecie go za mało empatycznego, nierozumiejącego waszej sytuacji. To jego wina, nie wasza.

Da się, tak żyjąc, osiągnąć pozorną stabilność. Ból nogi przyjmujecie jako coś nieuchronnego, akceptujecie ograniczenia w poruszaniu się- w końcu inni mają jeszcze gorzej, więc to nie koniec świata. A tego, co dzieje się pod grubą warstwą opatrunków, nie chcecie widzieć. W końcu, póki co jest dobrze.

A teraz wyobraźcie sobie, że zdobywacie się wreszcie na odwagę. Idziecie do lekarza, który odwijając coraz bardziej śmierdzące bandaże, usilnie stara się nie skomentować skali waszych zaniedbań. Po prostu proponuje leczenie.

Tyle że to leczenie to masa problemów. Po pierwsze- lekarz musi oczyścić ranę. A to oznacza grzebanie w waszym mięsie. Bolesne jak cholera.

Po drugie, musicie regularnie zmieniać opatrunki- to oznacza, że łatwo tę ranę urazić, co znowu boli. Trzeba też na nią patrzeć, co najmilsze nie jest. No i te opatrunki też nie zawsze ładnie wychodzą, więc czasem coś się przesączy i spodnie do wyrzucenia.

Lekarz może nas skierować na fizjoterapię, co wymaga regularnego chodzenia na zajęcia. A co gorsza, fizjo może kazać nam coś robić w domu- a to oznacza, że jeśli zasiądziemy do serialu, gdzieś z tyłu głowy pojawi się poczucie winy, że powinniśmy machać nóżką, zamiast jeść chipsy.

Innymi słowy, jakakolwiek próba ruszenia tej sytuacji, zaowocuje masą problemów. Problemów, których byśmy nie mieli, gdybyśmy nie spróbowali tej cholernej rany odwinąć. To w końcu warto cokolwiek robić?

Jeśli macie w sobie choć trochę trzeźwego myślenia, zapewne już pojawia wam się dość oczywisty wniosek, płynący z tej historii.

Każdy z tych problemów przybliża nas do naprawy sytuacji. Każdy z nich jest oznaką tego, że zmieniamy życie na lepsze. I owszem, widzimy ich więcej, ale to nie znaczy, że wcześniej ich nie mieliśmy- po prostu miały postać jednego, dużo większego problemu.

Oczywiście, wiążą się one z bólem, i drobnymi upierdliwościami. Ale wiążą się też z jakąś realną zmianą. Czymś, o co w nałogu bardzo trudno.

Jest w programowaniu, a w zasadzie w projektowaniu oprogramowania, taka metoda, którą nazywa się carpaccio ze słonia.

Słoń, to problem,z którym się mierzymy. Słoń jest wielki, ciężki i ma grubą skórę. Próba zjedzenia go musi skończyć się fiaskiem. 1

Co innego, jeśli zrobimy z niego carpaccio, czyli posiekamy na cieniutkie kawałki. Każdy z nich będzie w miarę łatwy do przejedzenia. Owszem, może to zająć trochę czasu, ale poza tym wydaje się całkiem realne.

Tak samo w nałogu- zauważamy wielkie problemy życiowe- “nie udało mi się skończyć studiów”, “nie dam rady przebiec maratonu”, “nie jestem dość dobry, by mieć kochającą rodzinę”.

Takie problemy są słoniami. Przytłaczają nas, wydają się nie do ruszenia. Jedyną możliwą reakcją jest poddać się i napić- w końcu nawet jeśli zabierzemy się do pracy, to w końcu polegniemy.

Ale jeśli posiekamy ten problem na malutkie plasterki - “nie umiem przebiec 100m bez zadyszki”, “nie wiem jak się rozciągać”, “moja dieta nie sprzyja wysiłkowi” - każdy z nich można jakoś rozwiązać.

Muszę wam się przyznać, że mnie też to spotkało. Kiedy zaczynałem trzeźwieć, myślałem że wyrzucenie alkoholu z życia magicznie naprawi wszystkie moje problemy.

Mam parę kilo za dużo? Przecież alkohol to kalorię-od razu schudnę. Wyniki sportowe tez od razu się poprawią. Emocje? Będę je normalnie zdrowo przeżywał, więc pozbędę się zmartwień.

Nie będzie zmartwień o pieniądze, życie uczuciowe będzie kwitło i wyniki badań wprawią lekarzy w podziw i zdumienie.

Czy tak się stało? No nie. Ani nie zostałem magicznie mistrzem sportu, ani nie mam sylwetki greckiego boga, ani przeżywanie emocji nie stało się łatwiejsze.

Ale w każdej z tych dziedzin zrobiłem kilka małych kroczków naprzód. I cały czas robię kolejne.

Wreszcie widzę, że mogę cokolwiek w życiu zmieniać i jakakolwiek praca nad tą zmianą ma sens.

Wierzcie mi, to już jest cholernie dużo. Wreszcie okazuje się, że można tego słonia przejeść. Nie dziś, nie jutro, ale kiedyś się uda.

A co dużo ważniejsze- tych plasterków nadal jest mnóstwo. Ale z każdym z nich można sobie poradzić, i zauważyć, że robi się ich trochę mniej.

Czego sobie i wam życzę.

  1. Tak, jako wegetarianina boli mnie używanie metafory opartej o jedzenie zwierząt, dlatego chętnie przyjmę jakiś wege-analog tego obrazu. 


Zdjęcie w nagłówku:
     Thomas of Cantimpre