Sporo szumu zrobiła ostatnio wypowiedź Katarzyny Kotuli o dyskryminacji pozytywnej. Przypomnijmy- w programie Bogdana Rymanowskiego w Radiu Zet, ministra ds. Równości, zapytana przez gospodarza o dodatkowe punkty za płeć przy rekrutacji do projektów naukowych, czy kursów programowania, odparła, że mamy do czynienia z “dyskryminacją pozytywną”. No i się zaczęło.

Media, zwłaszcza po prawicowej stronie naszych publicznych barykad zaczęły rozpisywać się o fikołku logicznym - bo przecież dyskryminacja jest zawsze zła. Bo przecież lewica zdawała się walczyć o równość, aż tu nagle popiera dyskryminację.

Mówiono o hipokryzji- dyskryminacja jest zła, ale tylko wtedy, gdy jej ofiarą padają kobiety. Kiedy dyskryminuje się mężczyzn, to jest ‘pozytywna’.

Muszę powiedzieć, że trochę złapałem się za głowę, a trochę roześmiałem. Tak to z reguły bywa, kiedy konserwatyści ze zdumieniem odkrywają zjawiska dobrze opisane od kilkudziesięciu lat.

Bowiem wystarczy chwila wyszukiwania, by zauważyć, że ‘dyskryminacja pozytywna’ jest terminem używanym w naukach społecznych w miarę powszechnie. Można o niej poczytać na Wikipedii, w prasie, czy tekstach naukowych.

Owszem, kiedy pada hasło dyskryminacja, z reguły myślimy o czymś złym. Kobiety, które jeszcze 100 lat temu w wielu państwach nie miały prawa głosu, albo choćby założenia konta bankowego. Segregacja rasowa w USA, w ramach której czarni np. nie mieli prawa zajmować części miejsc w autobusach. Albo czasy niemieckiej okupacji, gdy na drzwiach kawiarni, tramwaju czy ławce w parku zobaczyć można było tabliczkę z napisem “Nur für Deutsche”.

Nawet słownik języka polskiego, w definicji dyskryminacji podaje jedynie to negatywne znaczenie. Dopiero zakładka etymologia kieruje nas do łacińskiego discriminatio- czyli rozróżniania. Czyli wyodrębniania jakiejś grupy.

A przecież przykładów pozytywnej dyskryminacji jest wokół nas cała masa. Dziecko wychowywane przez samotnego rodzica dostanie dodatkowe punkty przy naborze do przedszkola, podobnie - dzieciaki z rodzin wielodzietnych.

W niektórych miastach osoby bezrobotne mają prawo do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską. Osoby z niepełnosprawnościami mają dostęp do dedykowanych miejsc parkingowych a pracodawcom oferowane są dodatkowe benefity za ich zatrudnianie. Można by tak wymieniać całkiem długo, ale myślę, że każdy może w najbliższym otoczeniu znaleźć przynajmniej kilka takich przykładów.

Dlaczego zatem zaczyna nam to przeszkadzać dopiero kiedy kobieta konkuruje z mężczyznami o dostęp do zajęć prestiżowych czy lepiej płatnych?

To pytanie do adeptów historii z zacięciem feministycznym. Ja, na koniec, chciałbym wspomnieć o wspomnianym już zarzucie. Skoro lewica ma na sztandarach równość, a tu nagle propaguje dyskryminację- pal już licho, czy pozytywną, czy negatywną. Jak to obronić?

Myślę, że dość prosto. Wystarczy przestać utożsamiać równość z “każdemu tak samo”, a zacząć z “każdemu takie same szanse”.

Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w niewielkim miasteczku. W promieniu 100km jest jedno kino, znajdujące się na trzecim piętrze miejscowego domu kultury. Czy każdy mieszkaniec ma równy dostęp do oglądania filmów na dużej sali?

W końcu nikt nie jest dyskryminowany- każdy tak samo może przyjść, zapłacić dwie dyszki, wejść wąską klatką schodową i patrzeć na wyczyny Toma Hardy’ego, czy Jennifer Lawrence.

Ale czy będzie to taki sam wysiłek dla wysportowanego maturzysty, rzutkiego przedsiębiorcy, emerytki na wózku i matki szóstki dzieci?

A co jeśli starszą panią wpuścimy wejściem dla personelu, gdzie jest dostęp do windy towarowej1 a Matce-Polce sześć biletów raz w miesiącu zafunduje urząd miasta. Czy wtedy będzie równiej, czy nierówniej?

  1. Na potrzeby przykładu pomińmy rozważania o dostosowywaniu architektury