Czytam1 ostatnio znakomitą książkę Katarzyny Kachel “Atypowa Głowa”. Zbierałem się do niej jak pies do jeża, czując, że będzie to trudna lektura. I nie pomyliłem się, bo przez pierwsze dwa rozdziały praktycznie non-stop miałem łzy w oczach. Tak bardzo niektóre momenty były o mnie.

Diagnoza ADHD przyszła do mnie zupełnie znienacka. Jakoś tak przy okazji. A w zasadzie nie tyle przyszła, co przychodziła, bo był to proces który trwał jakiś czas.

Zaczęło się chyba od tego, że Małgorzata Halber wrzuciła w social media post o swojej diagnozie. Z autorką tą miałem taką przygodę, że jej książka ‘Najgorszy człowiek na świecie” trafiła do mnie, kiedy byłem w czynnym nałogu.

Czytałem o jej zmaganiach z alkoholem i emocjach, które w szpony uzależnienia ją pchało. Co chwila mruczałem pod nosem ‘kurde, przecież to zupełnie jak u mnie’. Tylko nie przychodziło mi wtedy do głowy, że ja też mam problem z alkoholem- jakoś ten element zupełnie nie pasował.

Sytuacja powtórzyła się, kiedy autorka przyznała się, że lata po rozpoczęciu trzeźwienia, zdiagnozowano u niej ADHD. I że prawie jedna trzecia osób z tym zaburzeniem boryka się z uzależnieniem.

Znowu, czytałem listę objawów, mruczałem pod nosem ‘no niesamowite…’, ale do łba mi nie przyszło, że ja też. Ja? Przecież jestem całkiem normalny, skończę odwyk, wezmę się w garść i będzie ok. Potem, na podobne wpisy u znajomych trafiałem jeszcze kilka razy, ale nadal nic mi nie świtało.

Innym razem, podczas porannego spaceru z psem, staliśmy z sąsiadami, i czekając aż nasze psy wymienią swoje plotki, rozmawialiśmy o studiach. Kiedy wymieniłem wszystkie kierunki, które zacząłem, nie kończąc żadnego, obecna w naszym gronie psycholożka stwierdziła “ej, a ty nie masz ADHD?”.

Zaśmiałem się tylko, bo wydało mi się to absurdalne. Ja po prostu jestem tak chaotyczny, że w okolicy drugiego roku mi się nudziło i traciłem jakąkolwiek motywację. Dopiero na którejś sesji z terapeutką, opowiadałem o codziennych frustracjach. Bo tak to właśnie nazywałem- muszę być strasznie życiowo sfrustrowany, skoro tak wiele rzeczy mnie na co dzień wkurza.

Jeśli ktoś za wolno idzie przede mną, albo jeśli muszę poczekać na przystanku na autobus. I nie, nie chodzi o to, że autobus się spóźnia. Bywam wkurwiony, bo ja już przyszedłem na przystanek a autobusu nie ma-i to, że nawet nie patrzyłem na rozkład, kiedy powinien byc, nic tu nie zmieniało.

Opowieśc tą przerwałem w pół zdania, bo w mojej głowie zaświtała myśl- a może to nie frustracja? A może po prostu nie jestem stworzony do czekania?

Im dłużej o tym myślałem, tym więcej rzeczy pasowało. Sprawdziłem jeszcze raz listę typowych objawów i co chwila zastanawiałem się, dlaczego dopiero teraz na to wpadłem.

Na przykład- częste popełnianie błędów z nieuwagi. Nie zliczę ile razy musiałem poprawiac jakieś zadanie w pracy, bo skoncentrowałem się na pierwszej linijce opisu, a detali, czy wskazówek zawartych dalej nie zauważyłem.

Problemy z organizacją pracy i odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę- tak, zawsze, od kiedy pamiętam. Nauka w noc przed egzaminem, radosne pisanie skrawków kodu przez dwa tygodnie, by dzień przed deadlinem, w stresie, wyrzucać z siebie 100 linii w kwadrans? Norma.

Hiperfokusy? Kiedy zacząłem się wspinać, przez miesiąc przeczytałem kilkanaście książek o historii dyscypliny, analizowałem modele sprzętu i wirtualnie zwiedzałem rejony na całym świecie.

Kiedyś kolega nieopatrznie pokazał mi figurki do Bolt Action- gry bitewnej w realiach II Wojny Światowej. Nie, nigdy w to nie zagrałem, ale przez dwa tygodnie zdążyłem obejrzeć kilkadziesiąt rozgrywek i prezentacji, charakterystyki jednostek, przeczytać trzy książki i zobaczy kilkanaście dokumentów o działaniach brytyjskiej 8 Armii w Afryce.

Gubienie rzeczy? Perfekcjonizm? Nawyki ruchowe? Zaczynanie miliona zadań i niekończenie żadnego? Wszystko to doskonale mnie opisywało. Jak ja mogłem tego wcześniej nie zauważać?

No dobrze, ale sama autodiagnoza, jak pewna by nie była, zawsze będzie obarczona możliwością poważnych błędów poznawczych. Moja terapeutka, podobnie jak lekarka z ośrodka, stwierdziła, że na ADHD się nie zna, więc nie pomoże. Musiałem poszukać pomocy na zewnątrz.

I tak właśnie wylądowałem na kozetce u lekarki psychiatrii, która specjalizuje się w ADHD. Wyobrażałem sobie, że przejdziemy przez cały formularz DIVA-5, albo któreś inne z narzędzi diagnostycznych. Ale po prostu zacząłem opowiadać historię swojego życia. Lekarka co jakiś czas zadawała jakieś pytanie, na które zaczynałem rzucać setki przykładów z życia, co i rusz uciekając w kolejne dygresje.

W końcu, z miną “co tu diagnozować, jak tu gołym okiem widać”, zapytała czego od niej oczekuję.

Muszę przyznać, że byłem trochę zaskoczony tym pytaniem. Nie sądziłem, że zabrnę aż tak daleko. Więc czego tak naprawdę chciałem?

Chciałem nauczyć się normalnie żyć.Nauczyć się radzić sobie z całym tym chaosem i tym, jak funkcjonuje mój mózg. Ale to nie takie łatwe.

Owszem, są leki, ale one nie leczą ADHD, a jedynie maskują objawy. ADHD to zaburzenie rozwojowe. Niektórzy rodzą się wysocy, inni mają znakomitą mobilność i rozciąganie nie sprawia im problemów. A ja się urodziłem z mózgiem, który działa tak a nie inaczej.

I tu medycyna niewiele pomoże. Można próbować terapii, ale też ukierunkowanej na to, żeby nauczyć się żyć zgodnie ze swoją specyfiką.

Więc czego ja naprawdę chciałem? Tak naprawdę, tamtego dnia najważniejsze było dla mnie to, że wreszcie ktoś znalazł nazwę dla tak wielu rzeczy, z którymi męczyłem się całe życie.

Z wieloma nauczyłem sobie jakoś radzić. Telefon zawszę noszę w prawej kieszeni spodni-wtedy wiem, że go nie zapomniałem2, w trakcie zebrań on-line gram w szachy, żeby nie przestac słuchac.

Wiele stanowiło takie dziwactwa, zrzucane po prostu na to, że jestem lekko rozkojarzony cały czas. Na przykład, we wspomnianej książce, jeden z bohaterów stwierdza, że nie ma pamięci do twarzy.

Mam tak samo. I nie chodzi o to, że nie pamiętam jak ktoś wygląda. Po prostu widzę jakąś twarz i ona mi się kojarzy z kilkoma osobami- na przykład, nigdy nie umiem odróżnić Ala Pacino i Roberta de Niro3.

Wreszcie, są takie, które mnie niszczyły, powodując kolejne frustracje i kryzysy. Perfekcjonizm, zwlekanie na ostatni moment, ciągła niepewność co do swojej wartości. Pewnie znalazłoby się tego więcej, a i na odwyku wiele razy te cechy omawiałem, nie wiedząc o ich przyczynie.

Ktoś kiedyś ładnie powiedział, że jednym z najważniejszych elementów diagnozy jest spokój jaki daje. Całe życie czujesz się gorszy- inne konie są kare, gniade a ty masz jakieś dziwaczne paski. Aż wreszcie ktoś cię diagnozuje, i okazuje się, że jesteś zebrą. To normalne, nie jesteś jedyny.

Sama diagnoza niewiele zmienia, nadal jestem tą samą osobą, nadal mam podobne problemy. Ale nagle przestałem się zadręczać, wyrzucać sobie “co z tobą nie tak”, “dlaczego jesteś taki pojebany”. Wreszcie dostałem chwilę spokoju.

I nazwę. A to ważne, bo dzięki temu, że umiem ten problem nazwać, umiem szukać rozwiązań. Czytam kolejne książki, słucham podkastów, rozmawiam ze znajomymi. I odkrywam, jak wiele osób mierzy się z podobnymi problemami.

Ale póki nie umiałem ich nazwać, nie umieliśmy o nich rozmawiać, i byliśmy z tym sami.

  1. A w zasadzie słucham, bo niedawno przekonałem się do audiobooków. 

  2. Ostatnio, wychodząc z remizy po alarmie, miałem coś dużego w rękach i ciężko było sięgnąć do spodni, więc włożyłem go do wewnętrznej kieszeni kurtki. Po 5 minutach stwierdziłem, że nie mam go przy sobie i dopiero po przeszukaniu wozu, szatni i garażu wpadłem na to, że może by w innej kieszeni. 

  3. Co sprawia, że oglądanie “Gorączki”, mimo że to fantastyczny film, jest dla mnie trudnym doświadczeniem.